Szpital na perypetiach

Żółto-czarnym od samego początku nie pomagają kontuzje. Najpierw wyeliminowały one z gry Iana Bakera, Milana Milovanovicia, a następnie Michała Kolendę i Piotra Śmigielskiego. Sopocianie żadnego dotąd spotkania nie rozegrali w pełnym składzie i pewne już jest, że tak szybko to się nie zmieni. Frustracja wśród kibiców narasta, a coraz bardziej bezradny trener Kloziński zapada na syndrom oblężonej twierdzy, zaczynając powoli wietrzyć najgorsze…

Spotkanie z Legią Warszawa sopocianie rozpoczęli od mocnego uderzenia i za sprawą świetnie dysponowanego Vernona Taylora objęli kilkupunktowe prowadzenie. Od początku problemy z zatrzymaniem znającego doskonale tą halę Jakuba Karolaka miał wprawdzie Damian Jeszke ale odpowiednio zastawiana własna tablica i wyprowadzane kontrataki utrzymywały sopocian na bezpiecznym prowadzeniu. Uważnie obserwujący spotkanie kibice bez problemu jednak zauważyli, iż gra żółto-czarnych opiera się na indywidualnych poczynaniach Taylora, Bakera i mającego problemy ze skutecznością młodego Łukasza Kolendy, natomiast potencjał zawodników podkoszowych nie był właściwie wykorzystywany, a ich przydatność ograniczała się głównie do poczynań defensywnych. Można pokusić się do stwierdzenia, iż styl gry sopocian pozwalał im nawet na rozstawienie pikniku w strefie pomalowanej rywali…  Legia grała bardziej zespołowo, ale dopóki w ich szeregach skutecznością imponował głównie Karolak, można było pomyśleć, iż Trefl kontroluje przebieg wydarzeń na parkiecie.

Początek trzeciej odsłony spotkania zdawał się takie opinie potwierdzać. Festiwal rzutowy Bakera i Taylora wyprowadził sopocian na 11-punktowe prowadzenie. Od tego momentu trybiki tej maszyny się jednak zacięły, a defensywa zaczęła przypominać szwajcarski ser. Szarże rezerwowego rozgrywającego legionistów Omara Prewitta pozostawały bez odpowiedzi, a trener Kloziński nie miał żadnego pomysłu na zatrzymanie warszawskiej nawałnicy. Przewaga Trefla malała w oka mgnieniu, a gdy z początkiem 4 kwarty za 3 pkt trafili Karolak, Prewitt, Konopatzki i Kowalczyk, Trefl zupełnie się pogubił. W tym momencie stało się już jasne, iż tylko indywidualne umiejętności obu Amerykanów mogą odwrócić losy spotkania. Baker i Taylor nie zawodzili, ważne trafienia utrzymujące Trefl w grze dorzucał też młody Kolenda, ale na skutek słabo zorganizowanej defensywy, a nawet – braku zbiórek na własnej tablicy, co przez dłuższy czas było atutem sopocian – legioniści dowieźli niewielkie prowadzenie do końcowej syreny spotkania, a katem żółto-czarnych okazał się nie kto inny, jak ex-sopocianin Karolak, trafiając decydującą trójkę na minutę przed końcem spotkania. Pytaniem jednak pozostaje, czy ograniczenie poczynań Mielczarka w Radomiu (19 pkt) i Karolaka w hali 100-lecia (22 pkt) było nie do zrealizowania? Znajomość ich atutów i wad przez trenera Klozińskiego, który pilotował ich formę przez 2 lata, okazała się niewystarczająca. Gdy do tego dodamy fakt, iż przez 1,5 kwarty meczu w Sopocie, Legia zaaplikowała sopocianom aż 43 punkty, trudno dać wiarę w opowiadania trenera, iż to tylko kontuzje i utrudniona możliwość trenowania 5 vs 5 na treningach zaważyły na tym, iż Trefl fatalnie rozpoczął rozgrywki. Porównania przez fanów sopockiego coacha do trenera o wątpliwej renomie – Mariusza Niedbalskiego stają się coraz bardziej zasadne. A pikanterii tym porównaniom dodaje fakt, iż w najbliższy weekend obaj trenerzy staną w Krośnie naprzeciwko siebie…

Arek