Big shot Karolaka i koszmar z ulicy Goyki czyli fani Trefla na rollercoasterze

Mecze derbowe zawsze wywołują wiele emocji, zarówno na parkiecie jak i poza nim. Buzzer-beatery przesądzające o wygranej którejkolwiek z drużyn w wykonaniu Harringtona, Blassingame’a czy kluczowe rzuty wolne Malletta oraz Sebastiana Kowalczyka są doskonale w Trójmieście pamiętane. Nikt się więc nie spodziewał, iż tym razem podobnych emocji zabraknie, ale mało kto również przypuszczał, iż w poniedziałkowy wieczór nastroje kibiców obu ekip będą się zmieniały jak w kalejdoskopie. Jednak tym razem w przeciwieństwie do wydarzeń z historii, rywalizacji nas trybunach w pozytywnym oczywiście tego słowa znaczeniu zabrakło. W hali Gdynia słyszani byli, oprócz spikera, tylko kibice Trefla. Fani Asseco ograniczyli się tylko i wyłącznie do oglądania spektaklu niczym w operze lub teatrze, a nieliczny miejscowy klub kibica nie był w stanie poderwać miejscowych kibiców do dopingu. Cóż, brak sukcesów odbił się na gdyńskiej frekwencji jeszcze bardziej niż w Sopocie. Jak to by śpiewała Sława Przybylska: „Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Czas zatarł ślad..”

Spotkanie się zaczęło jednak nie po myśli licznie zgromadzonych kibiców z Sopotu. Gubiący się na rozegraniu Piotr Śmigielski nie był w stanie odpowiednio wykreować swoich partnerów, którzy na niedomiar złego mieli problemy ze skutecznością. Gdynianie również mieli problemy ze sforsowaniem sopockiej obrony, ale słaby atak w wykonaniu Trefla skutkował tym, iż po celnym trafieniu Puta Asseco prowadziło już 14-4. Wejście na boisko Dylewicza i Karolaka ożywiło jednak sopocian. Dwaj żelaźni sopoccy rezerwowi wspomogli aktywnego od samego początku spotkania Zacka i za ich sprawą na drugą odsłonę spotkania Asseco wychodziło już tylko z 1 -punktowym prowadzeniem.

Druga kwarta meczu należała już jednak do Asseco, a w szczególności do Krzysztofa Szubargi. Doświadczony gdyński rozgrywający raz po raz wyprowadzał w pole kryjących go obrońców i raził sopocian zarówno rzutami z dystansu, jak i wejściami w strefę podkoszową. Rozgrywający pierwsze spotkanie w barwach Trefla Jermaine Love nie znał zupełnie możliwości „Szubiego”, a i też nie miał wystarczającego wsparcia ze strony partnerów, by zatrzymać lidera gdyńskiej ekipy. Mimo wysiłków Karolaka, Asseco prowadziło do przerwy więc różnicą aż 9 pkt.

Trzecia kwarta nie zmieniła przebiegu wydarzeń na parkiecie. Seria punktów Jermaine’a Love niewiele pomagała, gdyż Asseco dalej kontrolowało grę, powiększając  przewagę do 12 punktów, choć w pewnym momencie Trefl notował już 16-punktowy bagaż. Na tak bezradnych sopocian przykro było patrzeć i niewiele aspektów zwiastowało odwrócenie losów spotkania, zwłaszcza, że już na początku czwartej odsłony spotkania arbiter podarował „Dylowi” technika.

Ten jednak zmobilizował doświadczonego skrzydłowego Trefla i przypomniał mu, że z gdynianami nadal ma do wyrównania rachunki. Duet Dylewicz-Karolak zaczął znów być obecny po obu stronach parkietu, a popularny „Dylu” zaczął nawet straszyć defensywą, czego nigdy nie posiadał w swoim arsenale. Gdynianie – jak ich plan „A” w postaci ciągnięcia gry przez Szubargę przestał wypalać – nagle z powodu braku planu „B” zaczęli się gubić,  a żywiołowy doping fanów Trefla na pewno im nie pomagał. Błędy Love’a pozwoliły im jednak skutecznie wrócić do gry i po celnych rzutach osobistych wykonywanych przez Szubargę i Ponitkę odskoczyli na 3-punktowe prowadzenie. To okazało się jednak za mało, by spokojnie myśleć o końcowym triumfie. Trefl bowiem nie rezygnował i kolejna „czapa” niezłomnego Dylewicza zatrzymała szarżującego Ponitkę , chcącego przechylić szalę na korzyść swojej drużyny. W chwili jednak, gdy wszyscy szykowali się na dogrywkę , Karolak miał zupełnie inne plany. Przypominający najznakomitsze zagrania bardziej jednak z boisk NBA niż PLK rzut rozpaczy okazał się być takim w istocie – z tą różnicą jednak, iż ta rozpacz ogarnęła jedynie gdyńskich zawodników, bowiem ci sopoccy po chwili utonęli w ramionach rozentuzjazmowanych fanów…

Ci sami fani w sobotę musieli jednak przełknąć gorzką pigułkę. Trefl w pojedynku z niżej notowanym Startem Lublin pozbawił sam siebie wszelkich atutów, a absencja Nikoli Markovicia rzecz jasna nie mogła być żadnym wytłumaczeniem faktu, iż sopocianie praktycznie przez całe spotkanie byli tylko tłem dla Lewisa, Washingtona i reszty. Lublinianie całkowicie wiedli prym wydarzeniom na parkiecie, a sopocianie nie byli w stanie im zagrozić ani ofensywą, ani defensywą. Trefl w pierwszej połowie stracił aż 44 punkty, co już samo w sobie było swoistym dramatem, a harce Chavaughna Lewisa, autora aż 26 punktów i 10 zbiórek spotkały się bardziej z obserwacją ich przez sopocian aniżeli próbą znalezienia na nie właściwej recepty. Wszelkie próby gonienia wyniku w 3 kwarcie przez Artura Mielczarka okazały się bezowocne, gdyż po prostu brakowało mu wsparcia ze strony partnerów. Odpowiednio kryty przez lublinian bohater meczu derbowego, Jakub Karolak nie był w stanie rozwinąć skrzydeł, co z pewnością było zasługą Davida Dedka – skąd inąd byłego trenera Asseco. Jego sympatia do gdyńskiej drużyny, w której spędził parę ładnych lat najwyraźniej wciąż istnieje, skoro znalazł sposób, żeby pomścić swoich byłych chlebodawców. Natomiast sopocianie nie mogąc odpowiednio wykreować swojego najlepszego strzelca, nadzwyczaj szybko pogodzili się z porażką i 4 kwarta, w przeciwieństwie do pojedynku w Gydni, okazała się już być tylko dopełnieniem formalności. Jeżeli więc ktoś zadawał sobie pytanie, w jaki sposób najlepiej komplikować sobie szanse na awans do play-off, ten mecz był doskonałą na to odpowiedzią…

Arek