Bezzębne Czarne Pantery

Słupska hala Gryfia nie przez przypadek nazywana jest jaskinią lwa… albo trzymając się bardziej przydomku słupskiej drużyny – kryjówką czarnych panter. W środowy wieczór słynące zazwyczaj z potężnych kłów pantery bardziej przypominały jednak grzeczne kotki leżące w swojej kuwecie, aniżeli ich znacznie agresywniejsze osobniki z rodziny kotowatych. Tak bezradnych w swojej hali Czarnych, dających sobie narzucić styl gry przeciwnika, sopoccy kibice, mimo częstych wizyt w hali Gryfii, jeszcze nie widzieli.

Czarni przystąpili do spotkania wprawdzie osłabieni brakiem Wattsa, ale teoretycznie pełni wiary w przerwanie serii porażek. I ta wiara nawet jeśli była, to się szybko ulotniła w czeluściach hali Gryfia. Mocno w mecz wszedł Piotr Stelmach, trafiając niemal od razu po pierwszym gwizdku sędziego dwie trójki, w następnych fragmentach spotkania dzielnie sekundował mu Daniel Wall, ale Trefl Sopot za sprawą celnych trafień dystansowych Karolaka, Mielczarka i Michała Kolendy, nie dał zaskoczyć się przeciwnikom. Im dalej w las wchodziły Czarne Pantery, tym bardziej  były pogubione, a szansa na znalezienie właściwej drogi tylko malała wraz z przebiegiem czasu. Sopocianie, żądni rehabilitacji za nieudany w defensywie mecz z Turowem Zgorzelec, z minuty na minutę coraz bardziej zagęszczali swoje zasieki, przez które przedstawiciele rodziny kotowatych nie mogli się przedrzeć. W szeregach Trefla dalej dziurawił kosz przeciwnika Jakub Karolak, bardzo udaną zmianę podopiecznym Marcina Klozińskiego zapewnił wchodzący w swoją siódmą setkę meczów w PLK, Filip Dylewicz – co spotkało się z kompletnym brakiem reakcji ze strony gospodarzy. Próbujący się wstrzelić w kosz broniony przez sopocian Brandon i Seweryn, imponowali jedynie indolencją rzutową, a ilością cegłówek, jakie rzucali w całym spotkaniu gracze Czarnych można by obdzielić niemałą budowę…

Po przerwie dominacja sopocian tylko wzrastała. Jeszcze na początku trzeciej kwarty Dominic Artis próbował utrzymywać Czarnych w grze, ale był osamotniony w swych poczynaniach. Trefl prezentował znacznie większą jakość w swojej grze i nawet odrobina przestoju nie mogła zepsuć wrażenia, iż tego dnia goście wyjadą ze Słupska z tarczą. Wszechstronnością imponował Filip Dylewicz, który nie tylko rzucał, zbierał, ale i nawet kreował pozycje partnerom z drużyny, z czego skrzętnie korzystali Michał Kolenda z Jakubem Karolakiem. Jak się wspomni o tym, że swój poziom trzymał jak zwykle Nikola Markovic, nie dziwi fakt, iż Trefl po przerwie cały czas kontrolował przebieg wydarzeń na parkiecie, nie pozwalając na to, by Czarni – którym wyraźnie brakowało tego dnia potencjału – choć na moment uwierzyli w odwrócenie losów spotkania.

Ostatnia kwarta to już była istna demolka. Czarni myśleli już tylko tym, by jak najszybciej pójść pod prysznic, a Trefl – by dopełnić dzieła zniszczenia. Słupscy koszykarze swoją postawą w tej kwarcie i nie tylko raczej nie zasłużyli na swój przydomek, a posługując się terminologią przyrodniczą – bardziej przypominali zagubionego w lesie grzybiarza, nie mogącego odnaleźć ani grzybów, ani właściwej drogi do domu. Słupszczanie tych „grzybów” bowiem za dużo w tej kwarcie nie znaleźli – pięć punktów zdobytych w dwóch z czterech kwart spotkania to jest już jednak koszykarski dramat. Sopocianie widząc przeciwnika na łopatkach, nie zamierzali jednak wstrzymywać egzekucji, choć końcowy werdykt był już przesądzony. Kolejne trójki w wykonaniu Karolaka i Śmigielskiego były kolejnymi ciosami wymierzonymi nie tylko w miejscowych koszykarzy, ale również w ich fanów, z twarzach których emanowało niedowierzanie. Swoją cegiełkę w ten proces zniszczenia Czarnych w hali Gryfia wniósł również młody Sebastian Walda, który po „napisaniu” prologu w spotkaniu z Krosnem, tym razem już celną trójką otworzył – miejmy nadzieję – długi rozdział pt. „punkty w PLK”.

Arek