Nieudany jubileusz Dylewicza

Nie o takim 600-tnym meczu w PLK Filip Dylewicz marzył. Popularny „Dylu” po dwóch świetnych spotkaniach wyraźnie nie mógł znaleźć swojego miejsca na parkiecie. Dużą rolę w tym odegrał Stefan Balmazovic, który najwidoczniej oglądał na video wcześniejsze popisy „Dyla”, gdyż niemal całkowicie wyłączył go z gry. „Dylu” nie trafiał, ale jego koledzy również myśleli bardziej o jubileuszu swojego kolegi, aniżeli o meczu, gdyż mimo nieobecności Brandona Browna, pozwalali zgorzelczanom na zbyt wiele. Warunkami fizycznymi i oryginalną fryzurą straszył Bradley Waldow, a „on fire” był trafiający niemal z każdej pozycji Jeff Ayers. I o ile przez 1,5 kwarty niedostatki defensywne sopocianie nadrabiali atakiem, o tyle w miarę upływu czasu coraz bardziej brak Browna i – co za tym idzie – pomysłu na grę coraz bardziej doskwierał sopocianom. Na tyle niestety wystarczająco, żeby ponieść kolejną porażkę, która – odniosąc do matematyki – nie była z kategorii tych „wliczonych”.

W pierwszej kwarcie spotkania obie drużyny poszły na wymianę ciosów. Niedostatki fizyczne Zacka z łatwością wykorzystywał potężny Waldow, po drugiej jednak stronie boiska swoje niemałe umiejętności techniczne z powodzeniem wykorzystywał Markovic. Sopocianie w tej kwarcie starali się wykorzystywać wszelkie możliwe okazje do kontrataków, co pomimo nieudanych zagrań „młodego, zdolnego, perspektywicznego”, zapewniło niewielkie prowadzenie sopocianom po 1 kwarcie.

W drugiej odsłonie spotkania dobrą zmianę Hanowi dał Mack, który z powodzeniem wykorzystywał nieobnecność Browna, mijając sopockich obrońców. W momencie, gdy swój „show” zaczął prezentować Ayers, trafiając rzuty nawet z najbardziej nieprzygotowań pozycji, sopocianie coraz bardziej zaczęli zdawać sobie sprawę, iż w tym meczu może być ciężko o zwycięstwo. To właśnie za sprawą szalonego Amerykanina Turów znacząco wygrał 2 kwartę spotkania i na przerwę schodził z zapasem 4 oczek.

Licznie zgromadzeni w hali 100-lecia kibice liczyli na mocne uderzenie sopocian w 3 kwarcie spotkania i odwrócenie losów meczu. Niestety okazało się, iż Brown jest dużo bardziej istotną postacią w zespole, niż jego reputacja wśród kibiców. Gdyby sugerować się opiniami miejscowych na temat Browna, można byłoby odczuć wrażenie, iż jego nieobecność jest dosyć łatwa do zatuszowania. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła inna. Ciężko stwierdzić, jakie były zalecenia trenera Klozińskiego w przerwie spotkania, ale raczej zgoła inne, niż ich realizacja. Tak bezradnych sopocian, jak w trzeciej – jak się szybko okazało – kluczowej dla losów rywalizacji – kibice długo nie będą chcieli oglądać. Żółto-czarnym nie wychodziło dosłownie nic. Indywidualne próby wejścia pod kosz Markovicia tylko okazjonalnie kończyły się powodzeniem. Turów zaś skrzętnie korzystał ze swoich przewag. W buty Ayersa wszedł tym razem Balmazovic, który był widoczny po obu stronach boiska. Gdy były zawodnik Startu Lublin trafił rzut z gatunku tych nie do trafienia, a potem kolejną trójkę dorzucił Han, żółto-czarni coraz mniej zaczęli wierzyć w korzystny dla nich obrót sprawy.

W czwartej kwarcie obraz gry nie uległ już zmianie. Zgorzelczanie kontrolowali przebieg spotkania, a sopocianie mimo wysiłków Jakuba Karolaka przez większą część ostatniej odsłony spotkania zbliżyć się do rywali. Ostatni zryw sopocian był już bowiem spóźniony – sopocianie postawili wszystko na jedną kwartę, mocniej niż do tej pory przycisnęli w obronie, podwajając m.in. Waldowa – ale mimo wysiłków Steve’a Zacka, realnych szans na cudowny powrót do gry nie mieli. Rywale bowiem byli o ten jeden most za daleko i zasłużenie sięgnęli po końcowy triumf.

Arek