Dieta-cud Dylewicza?

Mówiły babcie, mawiała kampania reklamowa: „Pij mleko, będziesz wielki”.  Wielki, i nie tylko wzrostem był Filip Dylewicz w ostatnich dwóch spotkaniach żółto-czarnych. Czy pijał mleko zamiast coca-coli, nie wiadomo, ale pewnikiem pozostaje fakt, iż popularny „Dylu” odrzucił ze swojej diety wszystko to, co niezdrowe. Efekt jest zadziwiający – ikona sopockiego klubu jest w formie przypominającej tą z najlepszych czasów, a Trefl odprawił z kwitkiem „szklane” Krosno i zadziwił „budowlany” Radom. Po raz kolejny więc okazuje się, iż właściwa dieta sportowca to coś więcej niż utarty slogan.

W pierwszej połowie meczu z Krosnem Trefl miał duże problemy ze zorganiz0waniem gry w defensywie, przez co Seid Hajric i JayVaughn Pinkston dobrze radzili sobie pod atakowanym koszem. Ale również to, co dawali zespołowi w ataku, oddawali w obronie. „Dylu” nie miał większych problemów z mijaniem Amerykanina, a jego słynny już rzutem do kosza nie tyle obnażył słabości amerykańskiego podkoszowego, co wyeksponował wieloletnie doświadczenie byłego kapitana żółto-czarnych. Trefl imponował skutecznością, Mielczarek i Dylewicz trafiali zza linii 6,75, a całkiem nieźle drużyną dyrygował Brandon Brown. Problemy defensywne jednak sprawiały, iż przez większą część czasu Miasto-Szkła utrzymywało bezpieczny dystans punktowy do gospodarzy.

Po przerwie sopocianie zachowali większą koncentrację w defensywie. W ataku dalej szalał Dylewicz, który niczym snajper wyborowy, co chwila umieszczał swoje pociski w środku kosza bronionego przez gości , w efekcie czego na ich szkle pojawiało się coraz więcej rys. Komentarz Adama Romańskiego o rozkładającym ramiona Pinsktonie „W Villanovie takich nie było!” najdobitniej świadczy o dyspozycji sopockiego internacjonała. Sopocianie przy tym imponowali zespołowością, niemal każda akcja gospodarzy mogła przypominać wypracowane na treningach zagrywki. Goście tymczasem mieli coraz większe problemy z odpowiednim wykreowaniem sobie pozycji do rzutu. Ich akcje nosiły znamiona chaosu, do czego doprowadzała również aktywna gra w defensywie Michała Kolendy czy Nikoli Markovicia. Trefl mógł więc do samego końca kontrolować przebieg spotkania, dzięki czemu trener Kloziński dał szansę debiutu Sebastianowi Waldzie.

W Radomiu miało czekać Trefl o wiele cięższe zadanie. I rzeczywiście tak było, ale i z tego starcia Trefl wyszedł obronną ręką. Sopocianie chcieli piorunem wejść w mecz, by wykorzystać zmęczenie Rosy po ciężkim meczu w Grecji, zanim ta, jak przystało na firmę budowlaną – zdoła swoje podwaliny pod końcowy sukces odpowiednio skonstruować. Zadanie to udało się zrealizować w 100%. Zanim zawodnicy Rosy odkryli, że mają problem z regeneracją, sopocianie już w 1 kwarcie odskoczyli na 10 punktów. Mecz otworzył celną „trójką” Kolenda, w następnych fragmentach spotkania punkty solidarnie dokładali niemal wszyscy zawodnicy sopockiego Trefla. W drugiej odsłonie spotkania zaskoczeni takim obrotem sprawy radomianie nadal nie byli w stanie wydobyć się z marazmu. Gospodarze próbowali budować swoją grę niczym tynkarz bez zaprawy – bez pomysłu, bez efektu. Punter forsował indywidualne popisy, a przewaga Trefla tylko wzrastała. Filip Dylewicz – podobnie jak tydzień wcześniej – urządzał sobie festiwal strzelecki, udowadniając, że w niektórych przypadkach pesel nie gra żadnej roli. Czyżby powiedzenie „walę tróję” powoli przechodzi na kogo innego?

W trzeciej kwarcie zmobilizowani zawodnicy Rosy rzucili się na sopocian niczym wilki na żywność. Zastosowana przez trenera Kamińskiego obrona strefowa wybiła z rytmu żółto-czarnych, a sygnał do ataku dał weteran Robert Witka, który najwidoczniej pozazdrościł Dylewiczowi celnych trafień z dystansu. Przewaga Trefla malała z minuty na minutę, ale w kluczowym momencie ciężar na swoje barki wziął Jakub Karolak,  którego udane akcje z piłką w ręku zaskoczyły radomian, wprowadzając tym samym więcej spokoju w szeregi podopiecznych Marcina Klozińskiego. Ponieważ gospodarzom dalej nie pomagała postawa Ryana Harrowa i Kevina Puntera, lubujących się tego dnia najwidoczniej w nieudolne poprawianie własnych statystyk, Trefl do samego końca już kontrolował przebieg wydarzeń na parkiecie, a w ostatnich minutach spotkania wyższość sopocian była już bezdyskusyjna. Gospodarzy dobili celnymi trafieniami Brown i Dylewicz, zapewniając gościom 15-punktowe zwycięstwo.

W nadchodzącą sobotę nie tylko św. Niepodległości, ale również 600-ny występ na parkietach PLK wiecznie „młodego, perspektywicznego” Filipa Dylewicza. Kibice liczą, iż okrasi on swój jubileusz w to coroczne święto państwowe kolejnym świetnym występem. Któż to owe święto może w lepszy sposób uczcić, jak nie wielokrotny reprezentant Polski?

Arek