Górnicy zakopani w Ergo Arenie

Energetyczne widowisko obejrzeli widzowie zgromadzeni w Ergo Arenie. Efektowne akcje w wykonaniu zawodników obu drużyn rozgrzały publiczność, mimo że za oknami panowała nie najniższa przecież temperatura. Aż 5 akcji z tego spotkania znalazło swoje miejsce w najlepszej „10″ zagrań kolejki, co najdobitniej świadczy o jakości tego spotkania. A prawdziwą „truskawką na torcie” było zagranie Jakuba Karolaka, które słusznie zostało ujęte na piedestale tego rankingu.

Z chwilą rozpoczęcia meczu baczna uwaga obserwatorów została skierowana na poczynania DJ Sheltona, którego pojedynki z sopockimi wysokimi miały być okrasą tego widowiska. Amerykański środkowy najwyraźniej jednak zapoznał się z pochlebnym na jego temat artykułem na polskimkoszu, gdyż zapewne w myślach ustawiał sobie kolejne double-double w statystykach przy swoim nazwisku. Shelton był zupełnie bezradny w rywalizacji ze Stephenem Zackiem, który nie miał najmniejszych problemów z zamienianiem na punkty efektownych podań Nikoli Markovicia. Sopoccy podkoszowi całkowicie zdominowali walkę pod tablicami, tym samym udowadniając Sheltonowi, iż na miano prawdziwego dominatora musi jeszcze jednak trochę poczekać…

Drugą odsłonę spotkania lepiej rozpoczęli goście, mając w swoich szeregach Aarona Broussarda, który niemal w pojedynkę wyprowadził przybyszów ze Śląska na minimalne prowadzenie. Niedługo się jednak nim cieszyli dąbrowiczanie, gdyż Trefl był tego dnia dobrze dysponowany w rzutach z dystansu. Brown, Dylewicz, Mielczarek, a nawet młody Kolenda przez ten fragment spotkania mogli poczuć się jak na strzelnicy olimpijskiej, wyprowadzając sopocian na 8 punktowe prowadzenie.

Po przerwie obraz spotkania się nie zmienił. Trefl spokojnie kontrolował przewagę, a utalentowani Dambrauskas i Broussard to o jeden duet za mało, by odmienić losy rywalizacji. Zack – tym razem po dobrych dograniach Browna – nadal pokazywał Sheltonowi kto ma większe europejskie doświadczenie. Prawdziwe „męki pańskie” amerykańskiego środkowego Dąbrowy skrócił w końcu trener Winnicki, każąc swojemu podopiecznemu widowisko oglądać z perspektywy  ławki rezerwowych. Trefl tymczasem dalej kontynuował swój rytm i po efektownych akcjach Piotra Śmigielskiego, MKS na czwartą kwartę schodził z bagażem 15 punktów. W niej goście zaczęli stopniowo dorabiać straty, Brown zupełnie nie mógł się przepić przez zasieki obronne dąbrowiczan, które to ustawiał doświadczony rozgrywający Thomas Massamba. Trefl jednak nie musiał się w ogóle wysilać, by wrócić do gry – finisz w wykonaniu gości bardziej przypominał łabędzi śpiew, aniżeli rzeczywisty zamiar odrobienia strat. Z jednego bowiem prozaicznego powodu – był już on po prostu spóźniony. W efekcie Trefl triumfował 85-78, chociaż ostatnie minuty spotkania były bodaj najsłabszymi w tym sezonie w wykonaniu zawodników sopockiej drużyny. I tylko plakat z Dambrauskasem w roli głownej, jaki wykonał sobie efektownym dunkiem Karolak był – przeinaczając znane powiedzenie – tą  łyżką miodu w beczce dziegciu jaką była ostatnia odsłona tego spotkania.

Następne spotkanie Trefl czeka w Koszalinie, gdzie napotka na swojej drodze starego znajomego – Qyntela Woodsa. Rywalizację z tym ostatnim z pewnością dobrze pamięta nadal kontuzjowany Marcin Stefański, który był oddelegowany do krycia byłego gwiazdora Asseco w czasach świetności gdyńskiej drużyny.  Czy kapitan sopocian wróci na parkiet, żeby spróbować zanotować „powrót do przeszłości”? O tym przekonamy się już niebawem.

Arek