Rollercoaster na Kociewiu

W ostatnich latach zaledwie raz się zdarzyło, by Trefl wyjeżdżał ze Starogardu na tarczy. W poniedziałkowy wieczór tradycji stało się więc zadość i po emocjonującym spotkaniu, w którym prym wiedli skrzydłowi – Nikola Markovic i Filip Dylewicz, sopocianie pokonali po dogrywce Polpharmę 94-90. „Farmaceuci” próbowali rożnych środków, nawet skutecznie zahipnotyzowali Stephena Zacka, który myślami najwyraźniej był daleko poza halą im. Andrzeja Grubby, podobnym środkiem zapewne uraczyli również rewelacyjnego w spotkaniu ze Stelmetem, Michała Kolendę, ale najwyraźniej pozostali zawodnicy Trefla byli bardziej odporni na tego typu medykamenty. Mecz ten jednak, w porównaniu do innych spotkań tej kolejki, które zdążyły się już zakończyć, zanim się na dobre rozpoczęły, śmiało można jednak nazwać telewizyjnym. Efektownych zagrań może było jak na lekarstwo (o ten element widowiska producenci leków z Polpharmy nie zadbali), ale liczne zwroty akcji z pewnością charakteryzowały to spotkanie.

Mecz rozpoczął się od szybkich, lecz nie do końca składnych akcji w wykonaniu gospodarzy (brylował w tym zwłaszcza Flieger), ale paradoksalnie nie przeszkodziło im to w objęciu wyraźniejszego prowadzenia. Sporo pomogli im w tym sopocianie, którzy grali bez pomysłu na grę, generując jedynie częste straty. Tym, którym w tym fragmencie spotkania (i nie tylko) bolały oczy, niekoniecznie można doradzić szybką wizytę o okulisty. Mógł być to też efekt patrzenia na styl gry Brandona Browna, który przez całe spotkanie nie zanotował ani jednej dwójkowej akcji z wysokim zawodnikiem. Jak dodamy do tego niefrasobliwe poczynania Piotra Śmigielskiego, nie mógł dziwić fakt, iż przez całą 1 kwartę Trefl miał spore problemy ze zmontowaniem ataku, rzucając w tej części spotkania zaledwie 11 pkt.

W inauguracyjnych minutach 2 kwarty Polpharma dalej nie pozwalała sopocianom na zbyt wiele, całkowicie, za sprawą Bojicia, Milovanovicia i Davisa, opanowując strefę podkoszową. Środkowy Bojic rządził i dzielił pod obiema tablicami, nie pozwalając sopockim wysokim na rozwinięcie skrzydeł. W końcu jednak po błędach w wykonaniu zawodników rezerwowych gospodarzy, Trefl wrócił do gry. Nierówną walkę z Bojiciem toczył Markovic, który nie miał jednak wystarczającego wsparcia ze strony partnerów. Nie przeszkodziło to jednak sopocianom w objęciu minimalnego prowadzenia po 2 kwartach spotkania, w których to chaos w wykonaniu obu stron zdecydowanie przeważał nad jakością widowiska.

Od początku trzeciej części spotkania mecz oscylował wokół remisu, a na skuteczne zagrania Karolaka i Dylewicza natychmiastowo odpowiadali gospodarze. W pewnym momencie trener Kloziński zaordynował zmianę, po której ponownie na parkiecie pojawił się Zack. Jego fragment gry okazał się być nieporozumieniem, gdyż Bojic mijał go jak narciarz slalomową tyczkę. Tak bezradnego i statycznego Amerykanina kibice z całą pewnością nie chcą oglądać. Ten fakt w dużej mierze przyczynił się do odzyskania prowadzenia przez „Farmaceutów”, jednak jego rozmiary zwiastowały emocje w decydujących minutach spotkania.

W czwartej kwarcie spotkania przewagę doświadczenia nad młodym Łukaszem Kolendą wykorzystywał Jakub Schenk, więc szybko trener Kloziński został zmuszony do powrotu na parkiet Browna. Ten ostatni po indywidualnych akcjach wespół z Dylewiczem odwrócił losy spotkania, ale jego zagranie w decydujących sekundach 4 kwarty spotkania – po tym jak skuteczną penetracją podkoszową popisał się Thomasson, doprowadzając do remisu – może posłużyć wielu szkoleniowcom jako materiał „jak nie należy rozgrywać crunch-time’u”. W perfekcyjny sposób złamał wszelkie założenia trenera, postanawiając wczuć się w rolę bohatera filmu „Herosi” i tym samym ocalić Trefl przed „zagładą”. Ocalił jedynie starogardzian. Na szczęście – do czasu.

Dodatkowy czas gry otworzył celną trójką Dylewicz, ale później na twarzach zgromadzonej publiki emanowały skrajne emocje podczas oglądania konfrontacji Nikoli Markovicia z Andriją Bojiciem. Ten pierwszy, jak na lidera przystało, wziął ciężar gry na siebie w najbardziej odpowiednim momencie, zdobywając aż 9 pkt w dogrywce, popisując się przy tym efektownym wsadem. Przez pierwszy fragment dogrywki równie skutecznie prezentował się niesamowity tego dnia, autor aż 30 pkt, Bojic, ale w pewnym momencie trener Bogicevic postanowił sprawdzić, jak będzie się spisywała jego drużyna bez niego. Eksperyment się nie powiódł, Trefl szybko ten fakt wykorzystał i objął wyraźniejsze prowadzenia, którego, pomimo wysiłków Thomassona, nie oddał już do końca spotkania.

Arek