Kol(en)dowanie z mistrzem

Osłabiony brakiem kontuzjowanych Filipa Dylewicza i Marcina Stefańskiego Trefl miał zbyt mało argumentów w strefie podkoszowej by przeciwstawić się mistrzowskiej drużynie z Zielonej Góry, która, podobnie jak Trefl, dokonała jedynie symbolicznych zmian w składzie w przerwie międzysezonowej. Goście, jak na mistrza przystało, pokazywali zwłaszcza w kluczowych momentach spotkania i celnymi rzutami za 3 punkty uciszali miejscową publiczność. Sopocianie jednak uniknęli większego przestoju w swojej grze i przez całe spotkanie nawiązywali równorzędną rywalizację z dysponującym dużo większym budżetem, Stelmetem. Sopocką publikę najbardziej jednak cieszył fakt, iż słowo „Kol(en)da” brzmiało w Ergo Arenie znacznie donioślej aniżeli w wielu kościołach podczas gwiazdki. Michał Kolenda, bo o nim mowa, już podczas sparringu z AZS Koszalin pokazał, iż znacznie poprawił grę z piłką i pozbywa się syndromu Bartka Bochny (czytaj: gracza zorientowanego na rzut z dystansu).  Podczas ligowego spotkania ze znacznie mocniejszym rywalem tylko to potwierdził. Jego udane wejścia pod kosz zaskakiwały podopiecznych trenera Gronka i długo utrzymywały Trefl w grze. Za wcześnie jeszcze by śpiewać „Hej Kolenda, Kolenda”, ale odważna gra młodego Polaka musi cieszyć, bo na tym rynku obfitych plonów w Polsce dawno nie obserwowaliśmy.

Pierwsza kwarta przebiegała pod znakiem konkursu rzutów za 3 punkty w wykonaniu Brandona Browna, ale niestety głównej nagrody pod tym kątem Amerykanin by nie zgarnął. Wydaje się też, że nie takiej gry po swoim rozgrywającym oczekiwał trener Kloziński. To też powodowało, iż po pierwszych 10 minutach nieznacznie prowadzili goście z Zielonej Góry, którzy za sprawą Savovicia i Dragicevicia skutecznie wykorzystywali swoją przewagę w strefie podkoszowej.

Druga odsłona niewiele zmieniła w obrazie gry. Obaj czarnogórscy podkoszowi niejednokrotnie wykorzystywali swoje możliwości, z przykryciem których niełatwe zadanie mieli zarówno Zack, jak i Markovic. Znany ze swojej mobilności sopocki gwiazdor nie pozostawiał jednak dłużny czarnogórskim internacjonałom, imponując skutecznymi zagraniami po drugiej stronie parkietu. Aktywny był również Zack, jednak z wyjątkiem zaangażowanego po obu stronach parkietu, Kolendy, brakowało skutecznego wsparcia ze strony obwodu.

W 3 kwarcie udane akcje podkoszowe Śmigielskiego i Kolendy utrzymywały Trefl w grze i powodowały, iż Stelmet nadal nie mógł być pewien wygranej. Dodatkowo nacisk na Matczaka i fragment lepszej gry Browna zaowocowały chwilowym doprowadzeniem do remisu przez gospodarzy, ale udane zagrania Mokrosa ponownie wyprowadziły gości na nieznaczne prowadzenie. Obraz gry już do samego końca nie ulegał zmianie. Trefl walczył i żywiołowy doping liczniej niż można się było spodziewać, zgromadzonej publiczności mógł spowodować, iż na fali dopingu sopocianie odmienią losy meczu. Mógł, ale nie spowodował. Błysk geniuszu Łukasza Koszarka i celne „trójki” Zamojskiego i Florence’a tylko doprowadzały do tego, iż atmosfera na trybunach ze sportowej robiła się momentami teatralna, a nastroje publiki ze zrozumiałych względów zmieniały się o 180 stopni. Wściekłość, niedowierzanie, rozczarowanie – to można było wyczytać z twarzy publiczności, ale też zadowolenie z postawy sopockich zawodników. Na pierwszą wygraną będzie trzeba poczekać, ale postawa żółłto-czarnych w meczu z Mistrzem Polski daje nadzieję, że nastąpi ona już niedługo.

Arek