Markovic rozbił szkło

Przed spotkaniem można się było zastanawiać, czy klęska w Dąbrowie Górniczej nie pozostawi piętna na jakości gry żółto-czarnych, zwłaszcza, że ekipa z Podkarpacia dysponuje całkiem ciekawym tercetem graczy z zagranicy, a Chrisa Czerapowicza można śmiało okrzyknąć mianem gwiazdy naszej ligi. Na to samo zapewne liczyli przyjezdni kibice, którzy przybyli nad polskie morze środkami komunikacji samochodowej, zwiedzając przy okazji od wczesnych godzin rannych niewątpliwe uroki Trójmiasta. Ubrani w doskonale znane nad Zatoką Gdańską biało-zielone barwy niewątpliwie wyjechali zadowoleni z długiej turystycznej wyprawy na północne połacie Polski, ale ich drużyna spotkania w Sopocie raczej nie będzie miło wspominać. Trefl rozstrzygnął to spotkanie na własną korzyść, wygrywając 75-64, a do sukcesu w sporej mierze przyczynił się Nikola Markovic, dominując nie tylko w strefie podkoszowej, ale również rażąc rywali groźnymi rzutami dystansowymi. W konsekwencji na jego konto można było zapisać aż 24 zdobyte punkty przy równie imponującej ilości 16 zebranych piłek.

Zanim jednak żółto-czarni wskoczyli na wyższe obroty, spotkanie rozpoczęli niezbyt skoncentrowani na grze defensywnej, co natychmiast wykorzystywał nie tylko wszędobylski wspomniany na ustępie Czerapowicz, ale i twardo walczący pod koszami znany nie tylko z długoletniej gry dla Anwilu, ale i również z… barwnego tatuażu z logiem tego klubu, Seidem Hajriciem. Ale ponieważ kariera w Anwilu jest już historią, to i również jawne odsłanianie owego tatuażu nie bardzo leży w interesie Hajricia. Tak czy owak w 1 kwarcie spotkania goście prowadzili już różnicą 10 oczek,  ale właśnie wtedy okazało się, jakim wsparciem jest dla żółto-czarnych niedoceniany, a nawet wyśmiewany praktycznie wszędzie poza Sopotem, Marcin Stefański. Kapitan Trefla z miejsca przypomniał sobie dawne czasy i walcząc o każdą piłkę, przyczynił się do tego, iż gra Trefla nabrała rozmachu. Po pierwszej kwarcie Krosno prowadziło jeszcze różnicą 6 oczek, ale z każdą kolejną minutą drugiej części spotkania, polot, jaki emanował z serc zawodników przyjezdnych, gasł w oka mgnieniu. Stefański zrobił z własnej strefy podkoszowej mur, jakiego by nie przeskoczył u zmierzchu PRL-u nawet Lech Wałęsa. Seid Hajric dwoił się i troił, ale od czasu wejścia na boisko długoletniego kapitana żółto-czarnych, był już coraz mniej widoczny pod sopockim koszem. Sopocianie szybko nabrali wiatru w żagle i za sprawą świetnie rozumiejącego się duetu Karolak-Markovic, rozstrzelali w drugiej kwarcie krośnian.

Można się było obawiać, czy już od zarania trzeciej kwarty w szeregach Trefla nie nastąpi jakieś rozprężenie, ale szybko sopocianie zadali kłam tej tezie. Jakub Karolak dalej straszył przybyszów z Podkarpacia rzutami dystansowymi, a Markovic rządził i dzielił pod obiema tablicami, okazując się być zbyt szybkim do zatrzymania dla mało mobilnego Dłuskiego.  Krośnianie byli w tym momencie bezradni na parkiecie hali 100-lecia, a gdy w zdobywanie punktów dla sopocian włączył się Ireland, przewaga Trefla urosła do 24 punktów. Ciężko było znaleźć osobę na trybunach, która by stwierdziła, iż ten mecz będzie miał swoją historię i ta pewność siebie udzieliła się także sopocianom. Goście za sprawą duetu Woolridge-Czerapowicz odrobili część strat i na 4 kwartę spotkania schodzili z bagażem „tylko” 16 punktów.

Krótka przerwa nie obudziła zaspanych sopocian, którzy nadal popełniali błędy w obronie, pozwalając Woolridge’owi na efektowne wejścia pod kosz. Tylko statystą na boisku był Filip Dylewicz, którego myśli były chyba na innej półkuli, gdyż najwyraźniej zapominał, iż parkiet koszykarski to nie cmentarz, trumny unikać nie trzeba. Swoje niewątpliwe zaangażowanie w mecz wykazywał tylko wtedy, jak miał coś do powiedzenia swoim partnerom z drużyny – na zasadzie bohatera reklamy portalu „pracuj.pl” najwidoczniej wychodził z podobnego założenia: „pracownikiem miesiąca zostaję ja”. Jego dystansowe rzuty z nieprzygotowanej pozycji nie przynosiły żadnego pożytku gospodarzom. Przewaga Trefla gasła w oczach w oczach i wtedy Antony Ireland doszedł do słusznego wniosku, iż czas odpalić armaty. Na jego poczynania już krośnianie nie znaleźli skutecznego antidotum, a ponieważ nadal niemal każdy niecelny rzut gości padał łupem Markovicia, krośnieńskie natarcie w porę zostało oddalone. Trener Martić mógł więc posłać w bój juniorów, ale efekty koszykarskiego rozwoju Grzegorza Kulki nie są widoczne nawet pod mikroskopem. Nie zmieniło to faktu, iż Trefl odniósł piątą wygraną w sezonie i przynajmniej na tydzień oddalił się od dolnych rejonów tabeli.

Po spotkaniu równie często z ust kibiców jak nazwiska „Dylewicz” czy „Kulka” padało nazwisko „Stamenkovic” , a temat, co ten zawodnik wnosi do sopockiej drużyny można spokojnie ująć w telewizji śniadaniowej, zapraszając ekspertów. Czy rolę zawodnika nic nie wnoszącego do gry musi pełnić przybysz z Bałkanów, a może lepiej wzorem Asseco – rozejrzeć się po Polsce i szukać młodego zawodnika, mającego predyspozycje, by sprostać roli drugiego rozgrywającego? Mogło w klubie zabraknąć pieniędzy na Skibniewskiego, bowiem mało kto może w koszykarskim światku finansowo rywalizować z panem „Kingiem”, ale czy brakuje nawet finansów, by na miejsce zawodnika, który kreuje grą Trefla w zbliżonym stylu jak pewien rzecznik swoje ministerstwo – sprowadzić zdolniejszego rozgrywającego? Pozostaje mieć nadzieję, iż w klubie również uważają, iż wczasy serbskiego rozgrywającego nad polskim morzem powoli się kończą…

Arek