Trefl jak Dr Jekyll i Mr Hyde?

„Z Turowem walka była bardzo dobra, to była męska walka. A w Słupsku jej nie było. Dr Jekyll i Mr Hyde, nie wiem, co mam powiedzieć” - takie słowa wypowiedziane przez Piotra Śmigielskiego można wyczytać w internecie. I wydaje się, że główny przedstawiciel sopockiego batalionu lotnictwa trafił w samo sedno. W Słupsku mieliśmy obraz grupy koszykarzy, która przyjechała tylko zagrać mecz, bez wykazania jakiejkolwiek walki i zaangażowania w grę – wyglądało to, jakby podopieczni trenera Marticia przegrali ten mecz w szatni, a może i już w autobusie… Czary goryczy, jakiej zaznali kibice, którzy wybrali się na to spotkanie, dopełnił tylko fakt, iż tylko niektórzy koszykarze mieli odwagę wyjść, by przeprosić kibiców. Jednak to spotkanie podziałało tylko motywująco na sopockich zawodników, gdyż kibice zgromadzeni w hali 1o0-lecia oglądali w meczu z Turowem już zupełnie inną drużynę. Walczącą, pełną wiary we własne możliwości, nawet w sytuacjach kryzysowych. Przykładem na to jest zachowanie w ostatniej akcji wspomnianego już Śmigielskiego, który tylko i wyłącznie dzięki skutecznej antycypacji przyszłych zdarzeń, znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie przy atakowanej tablicy, zapewniając rzutem na taśmę zwycięstwo żółto-czarnym.

Czytaj całość

Markovic rozbił szkło

Przed spotkaniem można się było zastanawiać, czy klęska w Dąbrowie Górniczej nie pozostawi piętna na jakości gry żółto-czarnych, zwłaszcza, że ekipa z Podkarpacia dysponuje całkiem ciekawym tercetem graczy z zagranicy, a Chrisa Czerapowicza można śmiało okrzyknąć mianem gwiazdy naszej ligi. Na to samo zapewne liczyli przyjezdni kibice, którzy przybyli nad polskie morze środkami komunikacji samochodowej, zwiedzając przy okazji od wczesnych godzin rannych niewątpliwe uroki Trójmiasta. Ubrani w doskonale znane nad Zatoką Gdańską biało-zielone barwy niewątpliwie wyjechali zadowoleni z długiej turystycznej wyprawy na północne połacie Polski, ale ich drużyna spotkania w Sopocie raczej nie będzie miło wspominać. Trefl rozstrzygnął to spotkanie na własną korzyść, wygrywając 75-64, a do sukcesu w sporej mierze przyczynił się Nikola Markovic, dominując nie tylko w strefie podkoszowej, ale również rażąc rywali groźnymi rzutami dystansowymi. W konsekwencji na jego konto można było zapisać aż 24 zdobyte punkty przy równie imponującej ilości 16 zebranych piłek.

Czytaj całość