Diabelska jaskinia zdobyta czyli trzecia zasada dynamiki Newtona

„Kociewskie diabły” w hali im. Andrzeja Grubby skutecznie postraszyli już niejednego przeciwnika, ale na sopocian ich zaklęcie jednak nie podziałało, choć starogardzianie imali się wszelkich sposobów, by goście ze starogardzkich czeluści wrócili z niczym. I o ile jednak koszykarze spod znaku Trefla skutecznie uodpornili się na trójzęby czy inne artefakty, którymi mogli dysponować postrachy kociewskich okolic, o tyle już sędziowie sprawiali wrażenie mocno „wystraszonych”. O tyle to było widoczne, gdyż spora część ich decyzji nosiła znamiona kontrowersyjnych, choć na szczęście nie jednostronnych. Ale czyż można cieszyć się z tego, iż znów na plan pierwszy emocjonującego widowiska koszykarskiego wysuwają się sędziowie?

Pierwsza kwarta obfitowała w udane zagrania rozgrywających obu drużyn – Aarona Milesa i Anthony’ego Irelanda, na skutek czego inauguracyjna odsłona nie zakończyła wyraźniejszym prowadzeniem którejś z drużyn. Starogardzianie już od pierwszych minut skrzętnie wykorzystywali słabości podkoszowe sopockiej drużyny, ale poza wspomnianym Milesem, Sajus i Mirkovic, nie mieli wyraźniejszego wsparcia ze strony partnerów z drużyny, co poskutkowało 4-punktowym prowadzeniem sopockiej ekipy.

Przebojem w drugą część spotkania wszedł nieoczekiwanie kapitan żółto-czarnych, Marcin Stefański, który z powodzeniem kończył akcje sopocian swoimi firmowymi hakami, na które Polpharma nie umiała znaleźć odpowiedzi. Wkrótce jednak pojawiły się pierwsze wyraźniejsze symptomy kryzysu żółto-czarnych – gdy sędziowie „obdarowali” Nikolę Markovicia dwoma przewinieniami technicznymi, w tym co najmniej jedno miało uzasadnienie jedynie w myślach rozjemców tego spotkania. Gospodarze po tym zdarzeniu szybko złapali wiatr w żagle i za sprawą duetu Flieger-Mirkovic wyszli na minimalne prowadzenie. Minimalne, gdyż skuteczność dystansowa nie była tego dnia sprzymierzeńcem „Farmaceutów”.
Po zmianie stron gospodarze kontynuowali myśl taktyczną trenera Budzinauskasa i po udanych zagraniach „post up” Urosa Mirkovicia i Martynasa Sajusa, szybko wyszli na 7-punktowe prowadzenie. Goście, pozbawieni wsparcia ze strony Markovicia, musieli szybko zareagować na taki obrót wydarzeń na parkiecie. Sygnał do ataku dał Piotr Śmigielski, który był najjaśniejszym punktem w szeregach Trefla w tym spotkaniu. „Śmigło”, wspomagany przez kapitana drużyny – Filipa Dylewicza szybko zniwelowali przewagę starogardzian, w czym pomógł również celnymi trafienami Artur Mielczarek. W tym momencie stało się już jasne, iż o końcowym rezultacie zdecyduje końcówka spotkania. Myśl o powrocie starych demonów przeszła przez głowę niejednego kibica Trefla, a że spotkanie się toczyło w diabelskiej komnacie, toteż o comeback tychże demonów było nietrudno…
Zanim jednak te demony i inne zjawiska nadprzyrodzone zaczęły niczym dron krążyć nad sopocianami, od początku czwartej odsłony rozpoczęła się prawdziwa walka kosz za kosz. W pewnym momencie jednak celną trójką popisał się Dylewicz, a kolejne popisowe akcje Piotra Śmigielskiego kończyły się jedynie przewinieniami ze strony starogardzian. Trefl wyszedł na 6-punktowe prowadzenie, ale wtedy właśnie gospodarzom zaczęła, oględnie rzecz ujmując, siedzieć „trójka”. Miles i Mirkovic celnie przymierzyli zza linii 6,75 i na minutę przed końcem pojawił się rezultat remisowy. Ci jednak, którzy zaczęli znowu wierzyć w różne gusła, pamiętając o okolicznościach zeszłorocznej porażki w Starogardzie, tym razem się pomylili. Ponieważ, jak w dynamice Newtona, każda akcja wywołuje reakcję, tak i tutaj, widmo porażki w dramatycznych okolicznościach na Kociewiu zmieniło swój kierunek działania. Irelandowi na 45 sekund przez końcową syreną nie zadrżała ręka przy rzucie dystansowym, co zupełnie podłamało wierzących w pozytywny obrót sprawy starogardzkich kibiców. Sopocianie takiej szansy z rąk już nie wypuścili i celnie egzekwowane rzuty wolne już tylko dopełniły ich czary goryczy.

Trefl wygrywając w Starogardzie odniósł czwartą wygraną w tym sezonie i z bilansem 4-3 plasuje się w środkowej części tabeli ekstraklasy. Czy brak klasowego środkowego i niedostatki w klubowym budżecie nie okażą się w końcowym rozrachunku kluczowe, czas pokaże, niemniej sopocianie dysponują nie tylko większym potencjałem ofensywnym niż rok temu, ale i – wydaje się – zawodnikami, którzy w trudnych momentach potrafią wziąć ciężar gry na swoje barki. Ale na ile to wystarczy – trudno zweryfikować.

Arek