Kolejny akt szekspirowskich dramatów

„Nie daj nam kosza” – tak brzmiał slogan propagujący piątkowe spotkanie. Abstrahując już od tego, kto się bardziej do tego nie dostosował,  to ostatnimi czasy jednak nawet najlepszy specjalista od marketingu i reklamy miałby problem z zachęceniem potencjalnych fanów do przyjścia na mecz z udziałem sopockich koszykarzy. Nic bowiem tak nie przyciąga publiczności jak sukces, a we współczesnym obrazie rzeczywistości trudno się doszukać podobnych perspektyw. Zamiast tego mamy marazm, który zniechęca nawet najwierniejszych fanów, a światełko w głębokim, ciemnym tunelu, dostrzec jest niezmiernie trudno.

Ponownie trudno się było doszukać nowej jakości w grze sopockiej drużyny. Wydawało się bowiem, iż  Bojan Popovic nieco odciąży Sarunasa Vasiliauskasa i wspomoże system defensywny Trefla, ale zdaje się, iż problem tkwi głębiej. Serb pokazuje się z dobrej strony i w piątek również pokazał, iż nie tylko imponuje dobrym przeglądem pola, ale i dysponuje dobrym rzutem – ale poprawy gry wciąż nie widać. Przeciętny szczeciński zespół, w którym brylował Rodney Green (23 pkt, 6 as., 3 prz.) obnażył wszelkie słabości Trefla, a w całym spotkaniu jedynie w drugiej połowie drugiej kwarty, kiedy to sopocka drużyna odrobiła z nawiązką 12 pkt straty, zacieśniając szyki obronne – było widać taki zespół, jaki kibice pragnęliby oglądać zawsze.

Niestety wraz z początkiem trzeciej odsłony znów zaczęli grać niemrawo. Bez polotu, bez pomysłu, a Wilki Morskie, wśród których pierwsze skrzypce pełnił wspomniany Green, z powodzeniem to wykorzystały. W czwartej odsłonie rozegrał się już prawdziwy dramat w ofensywie sopockiej drużyny. Środkowy Wilków Marinković wprawdzie wyprowadził podopiecznych trenera Uvalina na 11-punktowe prowadzenie na 5 minut przed końcem spotkania, ale również w ich szeregach dało się zauważyć chaos, wymuszony lepszą grą w defensywie sopockiej drużyny. Niestety, właśnie wtedy koszykarze Trefla zaczęli generować straty. Podania przez całe boisko w aut, błędy kroków czy też straty wynikające ze złej organizacji gry – to wszystko przesądziło o piątej z kolei porażce sopockiej ekipy. Porażce, której z powodzeniem można było uniknąć, gdyby w grze sopocian było więcej zimniej krwi, a mniej szeroko pojętej nerwowości. Pytanie, jaki wpływ na ową nerwowość w grze koszykarzy wywiera trener Maskoliunas, gdyż mija tydzień za tygodniem, szanse na play off coraz mniejsze, a konsekwentnej, zorganizowanej gry wciąż nie widać. Zamiast tego mamy smutny obraz coraz bardziej pustawej Ergo Areny, zniechęconych, rozkładających ręce fanów i równie rozczarowanych swoją postawą na parkiecie samych zawodników. I tylko pytanie na ustach każdego daje się rozpoznać jedno: Quo vadis, Treflu?

Chyba czas, żeby kibice dostali na nie odpowiedź.

A. Świetlik